czwartek, 26 września 2013

Dlaczego narzekam?

Prosiłbym ewentualnych czytelników o włączenie jako podkład muzyczny utworu Eltona Johna - Can You Feel the Love Tonigt. Tym leniwym sugeruję, że wystarczy skopiować tytuł i wrzucić na jutuba i sobie posłuchacie, a sądzę, że warto.

Zacznijmy od tego, że, gdy już usłyszałeś pierwsze dźwięki zasugerowanej przeze mnie piosenki, powinny się pojawić w Tobie jakieś emocje. Teraz sam sobie odpowiedz - jakie to są emocje? Odpowiedź na to pytanie ma generalnie ogromne znaczenie w dalszej lekturze tego posta.

Jeśli budzi się w Tobie uczucie tęsknoty, przypominasz sobie piękne czasy, a przede wszystkim w Twojej wyobraźni dzieje się piękna historia z afrykańskiego lądu, to znaczy, że powinieneś zrozumieć dlaczego narzekam.

Jeśli natomiast, piosenka o której piszę nie wzbudza w Tobie większych skojarzeń, co najwyżej skądś ją znasz (może z radia złote przeboje?), to znaczy, że narzekam właśnie na Ciebie.

Każde z nas kiedyś było dzieckiem. Każde z nas miało swoje nierealne, a jednak piękne, niewiarygodnie kolorowe marzenia. Z czasem, im bliżej wejścia w dorosłość te marzenia gdzieś odpływają i chowają się do szufladki z dziecięcymi wspomnieniami. Jest to bardzo ważna szufladka dla każdego z nas, bo tak naprawdę determinuje ona kim jesteśmy dzisiaj i jakie wartości są dla nas ważne.

Właśnie dlatego narzekam. Narzekam, bo obserwuję to pokolenie, które będzie moim pokoleniem za jakieś 10 lat. Obserwuję pokolenie pierwszej dekady XXI wieku, moich, naszych następców wychowanków lat 90. Obserwuję i boli mnie jak bardzo ich dzieciństwo, młodość jest spłycane. Niestety biedactwa nie mają na to większego wpływu. Oczywiście wiem, że generalizuję i krzywdzę sporą część fajnych dzieciaków, ale ogół wyrabia normę, stety czy niestety. 

Boję się o to pokolenie, i o przyszłe, w tym to, które będzie pokoleniem mojego potomstwa. Boję się, że wychowywane będzie przez bombardowanie ich informacjami i obrazami, które za jedyny cel mają postawione - przyciągnąć do ekranu (telewizor, monitor, whatever). Boję się, że jedyne wartości jakie wyniosą z dzieciństwa, to chciwość i pragnienie posiadania więcej i więcej.

Dla obecnej młodzieży nie widzę tych fajnych iskierek, które miałem jeszcze szansę posmakować ja i moi rówieśnicy. Miałem szansę dowiedzieć się, że nie warto się poddawać, że warto być dobrym, otwartym i przyjacielskim, ale mieć też szacunek dla wroga/przeciwnika. Dzisiaj wszystko jest czarno - białe, dobre i złe, musisz już za małego opowiedzieć się za którąś ze stron.

Dlatego marudzę. Chciałbym pomóc uniknąć dzisiejszym małolatom tego, że w taki wieczór jak ja nie będą mieli czego puścić w słuchawki, bo w ich czasach hity filmowe miały być tak nagrane, żeby podobały się przez 3 tygodnie promocji filmu. Nie wiem czy narzekanie jest najlepszym na to rozwiązaniem, ale póki co lepszego nie wymyśliłem. Wolę wypocić tutaj parę rzężących słów, aniżeli w ogóle siedzieć cicho i kląć pod nosem w tramwaju.

Mam nadzieję, że moje piękne marzenia z dzieciństwa, okażą się dla przyszłych pokoleń czymś co zawarte jest w tytule tej wspaniałej piosenki do wspaniałego filmu. Piosenki Limahla, do filmu Neverending Story. 

piątek, 20 września 2013

Młodzież

Papier przyjmuje wszystko, ale w zamian za ofiarowane mu zaufanie zachowuje sporo tajemnic dla siebie. Chociażby to kiedy się pisze. Gdybyś czytał moje zapiski na kartce papieru nie miałbyś pojęcia czy napisałem to 14 maja, 24 lipca czy piszę to 20 września. Zwłaszcza, że znając moją złośliwość pisałbym tylko "dzisiaj".

Niestety internet podobno nie kłamie. Przynajmniej w kwestii dat i godzin. Bo w innych kwestiach nie ufałbym mu tak bardzo.

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będzie mi dane powiedzieć, że nie czuję się elementem ogólnie pojętej "młodzieży" naszych dzisiejszych czasów. Na co dzień śmiejemy się z babć, że nie potrafią wysłać smsa, z rodziców, że maila piszą jak list do przyjaciela (dobrze, że znaczków na monitor nie przyklejają), a tym czasem ja jestem z tych, których wyprzedziły moje własne czasy.

Dlaczego? Piszę bloga, oglądam klipy na yt, znam sens emotikon i bezsens komentarzy pod artykułami, więc chyba jestem na świeżo. Nawet się trochę się podpisuję pod tym całym nowym Nowym Światem.

A jednak nie jest tak różowo. Nie posiadam fejsa. Nie utrzymuje kontaktu z nikim, kto unikałby mnie przy spotkaniu na chodniku czy w tramwaju. W zasadzie nie mam znajomych, bo większość z nich wymaga ode mnie żebym podpiął się pod facebooka, żeby móc się ze mną umówić. Reszta potrzebuje stałego kontaktu telefonicznego - wtedy tylko jestem uznawany za wartego utrzymywania znajomości. Na palcach ręki drwala wymieniłbym tych, którzy ustawiliby się ze mną dwoma smsami z gatunku - "Tam, o tej" "OK". O przyjściu pod blok i zadzwonieniu domofonem pamiętają dzisiaj tylko listonosze.

Młodzież utonęła w internecie. Zaginęła w dżungli portali zaprojektowanych tak żeby nieświadomie się od nich uzależniali. Włażenie na witryny, na których nic się nie dzieje, dla samego wrażenia to efekt znakomicie wykreowanego pędu ku informacji. Nieważne jest teraz co wiemy i jakie to ma dla nas znaczenie, ważne jest że w ogóle wiemy. Stąd wzrost znaczenia wiadomości z gatunku "Założyłem nowe majtki, Boże jak mnie uciskają".

Dlatego uciekam w miejsca, które pamiętam z czasów mojej jeszcze niezgredliwej młodości. I tym bardziej wpadam w doły. Bo w miejscach, gdzie kiedyś ciężko było znaleźć miejsce żeby usiąść dziś można przebierać w pustej przestrzeni. Nikt nie pije piwa i taniego wina pod szkołą, nikt nie wrzuca bramek z boiska do rzeki, nikt nie odpala zimnych ogni z okazji promocji w carrefour.

Dzisiaj dziękuję Bogu, że jeszcze ktoś musi wyjść z psami na spacer, bo spacerowałbym samotnie.

To ja zdziadziałem, czy młodzieży już nie ma?

wtorek, 26 lutego 2013

Dwie świątynie

Lubię sobie pospacerować po okolicy. Poobserwować miejsca, które doskonale znam. Gdybym jednak szukał ciągle tych samych ujęć pewnie dawno by mi się to znudziło. Dlatego staram się znajdować takie perspektywy, które ukazują moich "starych znajomych" w zupełnie inny sposób.

Długi czas tu mieszkam, zresztą nie tylko ja. Założę się, że mało kto powiedziałby, że w pobliżu jest jedna więcej niż jedna świątynia. Zmiana perspektywy pozwoliła mi zobaczyć, że jednak mamy tutaj dwie. Tuż obok siebie, kompletnie niepodobne. Pierwsza wpisuje się w ogólnie przyjęte kanony wyglądu świątyni, druga (jeszcze) nie. Kiedyś ludzie lgnęli do tej pierwszej, dzisiaj ich pęd skierował się w kierunku drugiej. Jednak nie wygląd czy, nazwijmy to, popularność różnią je najbardziej.

Do pierwszej, górującej nad okolicą swoimi wysokimi wieżami z cegły ludzie zwykli podążać, aby zbliżyć się do Boga. W końcu taka jest podstawowa funkcja świątyni. Modlitwa, kontemplacja, także poczucie wspólnoty. Rozwój duchowy i intelektualny.

Wielu sprzecza się czy w rzeczywistości jest faktycznie tak jak o tym mówi teoria. Są też tacy, którzy uważają, że w tej świątyni ludzie zbliżają się do Boga w niewłaściwy sposób. W związku z tym robią to po swojemu w swoich świątyniach. To jest nieistotne. Tutaj stoi akurat świątynia katolicka, parafia pod wezwaniem św. Wojciecha, nie to jest jednak najważniejsze. Ważny jest cały duchowy wymiar, o którym wspomniałem wcześniej. To jest ten element, to jądro, które pozwala nazwać ceglany budynek "świątynią".

Obok stoi druga świątynia. Świątynia nowego boga, który w naszym kraju pojawił się troszkę ponad dwadzieścia lat temu. Obok stoi świątynia, która dzisiaj stanowi miejsce dążeń wielu z nas. Dziś to tutaj zastanawiamy się nad naszą przyszłością, nad tym czego w życiu rzeczywiście potrzebujemy. Tutaj realizujemy swoje marzenia. Tutaj kłócimy się i godzimy. Tutaj odnajdujemy ukojenie naszych zmartwień.

Dziś nie szukamy Boga w kościele, meczecie czy synagodze. Nawet nie szukamy go wśród natury. Dziś znajdujemy go w hipermarkecie. Teraz to tam chodzimy w niedzielę czy szabat. Tam szukamy odpowiedzi na dręczące nas pytania. Kiedy nie wiemy co ze sobą począć tam znajdujemy ukojenie. W końcu co jest lepszego na uspokojenie niż zakupy? Co nam pozwala poczuć się lepszymi bardziej niż wydanie większej ilości kasy niż zwykle? Rozwój? Znaczy się chodzi o coraz lepsze wynajdywanie promocji i okazji?

W ten sposób sami zmieniliśmy sklep w świątynię. Dziś symbolem religii, tej prawdziwej, nie nazywanej w ten sposób, jest logo carrefour czy auchan. Krzyż? Ładnie wygląda jako tatuaż albo na wisiorku, ale nie świeci się i nie sprzedaje tak jak wymaga współczesny klient. Zresztą logo samo w sobie jest bez wartości, a wszelkie ideały kryjące się za symbolem religii już dawno zapomnieliśmy. Wszystko w imię praw wolnego rynku.

Którą świątynię ja wybieram? Z żenadą odwracam wzrok od obu i wchodzę do parku, żeby pobyć wśród drzew, trawy, wody i ziemi. Nie potrzebuję żadnej marki. Moja świątynia powstaje wokół mnie kiedy patrzę się w gwiazdy, leżąc na mokrej ziemi. Siłą rzeczy nie oderwę się całkowicie od obu wymienionych i wszystkich innych.

Wolę jednak dziękować Bogu za świeże powietrze, śliczne niebo nade mną i genialną muzykę w uszach, niż za to, że stać mnie na więcej niż wczoraj.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Shire

Czym jest Shire? Może lepiej zapytam najpierw - czym mógłby być? W zależności od tego kogo bym zapytał usłyszałbym pewnie przeróżne odpowiedzi. Z pewnością ktoś powiedziałby, że to fikcyjna kraina niziołków zwanych hobbitami w znanej powieści fantasy. Ktoś inny zarzuciłby, że to ostatni przyczółek spokoju w całym Śródziemiu. Znalazłoby się też grono takich, którzy odpowiedzieliby, że to powinno było być pierwsze miejsce, które powinien zniszczyć Sauron, aby odnieść sukces. Do głowy przychodzi mi jeszcze możliwość - ślicznie sfilmowany, urokliwy kawałek Nowej Zelandii.

Moja odpowiedź sięga nieco głębiej, oczywiście nie omijając w swojej treści sporej dawki wyobraźni, idealizmu i filozofii. Dla mnie każda koncepcja pojawiająca się w formie dowolnie pojętej twórczości, ma jakieś podstawy, nazwijmy to, ideologiczne. Nawet gdyby autor zarzekał się (jak chociażby Tolkien), że inspirował się wyobraźnią i jedynie opowiadał wymyśloną przez siebie historię, nie jestem gotów uwierzyć, że nie umieścił w dziele elementów reprezentujących własne stereotypy - skojarzenia. Obrazy zakodowane w umyśle, wydobyte mniej lub bardziej świadomie przez autora, następnie ubrane w czytelną konwencję, ostatecznie stają się dziełem z jakim obcuje odbiorca. W tym momencie dochodzi do procesu dokładnie odwrotnego - konwencja rozbierana jest na mniejsze elementy i zgodnie z osobistymi przekonaniami adresata odpowiednio opisywana i umieszczana w należne jej "szufladki" umysłu.

Tyle wstępu teoretycznego. Będąc już bardziej konkretnym jestem gotów odpowiedzieć - czym jest Shire dla mnie? Shire jest dla mnie ideałem, spełnieniem marzenia o doskonałości. Dlaczego? Najbardziej ogólnie jest Domem. Dom zawsze będzie mniej lub bardziej bliski ideału, bo jest naszym miejscem na ziemi, do którego dobrowolnie się przywiązujemy. W związku z tym nie oznacza miejsca zamieszkania. Oznacza to miejsce, które chcemy uważać za Dom, niezależnie od tego czym w rzeczywistości jest. Dla niektórych faktycznie będzie to mieszkanie czy posiadłość, ale może być to zarówno jedna jego część, miejsce w okolicy, miejsce gdzieś w odległej części świata, a może wręcz przeciwnie - jakiś większy obszar - od takiego wielkości miasta, po taki wielkości oceanu.

Dom nie zważa na aspekty, nazwijmy to, geograficzne. To co jest Domem jest po prostu miejscem nam bliskim. Miejscem w którym niezależnie od okoliczności czujemy się dobrze, które potrafi nas inspirować, uspokajać, motywować, dawać nam to czego sami z siebie nie potrafimy wykrzesać. Jednak przede wszystkim jest miejscem gościnnym i spokojnym.

Dom jest bezpieczny.

To jest główny warunek istnienia Domu. Jeśli nie jest w stanie zapewnić nam faktycznego bezpieczeństwa, powinien dawać nam poczucie bezpieczeństwa. Tutaj nie dotykają nas problemy, wrogowie nie mają wstępu, a wątpliwości ustępują w progu miejsca odpowiedziom. W Domu jesteśmy niedotykalni dla czasu i przestrzeni.

Tym jest właśnie Shire dla mnie. Domem idealnym. Usposobieniem bezpieczeństwa i spokoju. Miejscem gdzie troski nie wykraczają poza rozterki z gatunku "wolę odpoczywać na łące czy wśród drzew?". Miejscem, gdzie nawet zimą jest lato, a nawet latem możemy dostać chłodny powiew gdy go potrzebujemy.

Tym jest Shire. Każdy ma swój własny, chociaż wielu z nas wciąż szuka drogi ku niemu. Co jest moim Shire? Tego już powiedzieć nie mogę. Nie zamierzam zapraszać tam nieproszonych gości, wystarczająco dużo ludzi nie świadomie przemierza trakty mojej krainy.

A gdybym mógł coś wziąć z książkowego Shire'u i przeszczepić go do mojego własnego co by to było? Ziele Longbottom. I bardzo długa fajka. Ławkę na wzgórzu zrobię już samemu.

niedziela, 17 lutego 2013

Odpowiedzi

Ze względu na brak inspiracji, a także zapotrzebowania na inspirację, postanowiłem odejść od konwencji nazywania posta tytułem piosenki. Co ja się będę szczypał - licencia poetica.

Pytania są dobre. Trzeba je sobie i innym stawiać, po pozwalają nam się rozwijać. Dzięki nim możemy zdobywać nowe informacje, otrzymywać wyjaśnienia nurtujących nas kwestii, pozwalają na zrozumienie. Zachęcają do postawienia kroku w przód, aby podrapać to swędzące miejsce w umyśle zwane ciekawością lub, jeśli ktoś się na pierwszym stopniu do piekła stawiać nie chce, dociekliwością. Tak sobie to trwa, raz wolniej raz szybciej, dążąc do nieskończoności, bo pytania wywołują głód niemożliwy do nakarmienia.

Pytania mają jednak rodzeństwo. Teoretycznie równie liczne jak one same. Na każde pytanie istnieje odpowiedź. Wiadomo, że na te najbardziej fundamentalne poznajemy odpowiedź dopiero "po", jednak na sporą część jesteśmy w stanie odpowiedzieć jeszcze za życia.

Tu pojawia się problem. Są pytania na które odpowiedzi przychodzą łatwo, jednak są takie na które nie jesteśmy w stanie lub nie chcemy odpowiadać. Nieodpowiedzane pytania lubią się kumulować, tworząc jeszcze większy zamęt i blokując miejsce na odpowiedzi na dalsze, wiecznie rodzące się znaki zapytania. Pułapka to okrutna, nie dość, że sama w sobie straszna, to jeszcze trudna do wyplątania się z niej.

Sam w taką chyba wpadłem. Zadałem sobie, w krótkim czasie ogromną ilość pytań i na wszystkie koniecznie chciałem poznać odpowiedź. Oczywiście, nie były to pytania z gatunku tych najprostszych. Chociaż same w sobie, treściowo, takie rzeczywiście były, to jednak odpowiedź na nie wymagała dużego skupienia się lub odwagi. Mnie chyba zabrakło jednego i drugiego. Przewalający się przeze mnie tumult pytań doprowadził mnie do stanu absolutnego zasupłania. Żadna odpowiedź nie była dobra, jednak nie potrafiłem, nie chciałem lub bałem się odpowiedzieć na nie we właściwy sposób.

Jednak chyba w końcu dojrzałem. Nie wiem czy trwało to tak długo, bo miało tak trwać, czy też mogłem uporać się z tym wcześniej. Dotarłem tu gdzie jestem i zacząłem w końcu odpowiadać, szczerze, nie szukając obejść czy wytłumaczeń. Ciężkie to było i w zasadzie jest, ale chyba warte zachodu. Najgorsza odpowiedź jest i tak lepsza od braku odpowiedzi.

Stąd moje postanowienie. Być konkretnym. Nie wątpić. Nie zastanawiać się. Odpowiadać tak jak czuję, że jest słusznie. Czasem dostanę z tego życiowego kolokwium dwa, ale zawsze istnieje możliwość poprawki. Nie podchodząc do egzaminu zabieram sobie szansę na chociaż poznanie tego co jest na teście.

Po pierwszych krokach każdy z nas się wyłożył. Potem udało nam się wstać, iść i wspinać. Dorosłe, odpowiedzialne życie nie jest łatwe, szczególnie dla wiecznych dzieci, takich jak ja. Jednak można sobie z nim poradzić. Dziecko nie kombinuje odpowiadając na pytanie, mówi to co czuje. Czasem jest blisko prawdy, czasem się z nią mija. Łatwiej jednak uzupełniać wiedzę, niż budować ją od zera.

Dziś zaczynam stawiać fundamenty. Spodziewam się, że zanim dojdę do dachu niejedna wichura i ulewa da mi się we znaki. Jednak satysfakcja z pierwszej suchej i ciepłej nocy, będzie warta całego tego wysiłku.

niedziela, 10 lutego 2013

Pozwól mi nie mówić nic

Mówią, że milczenie jest złotem. Ja postanowiłem nie mówić nic przez pewien czas. Po części z zamierzenia, po części "bo tak wyszło". Nie wiem czy tak mam tylko ja, czy inni też, ale czasem lubię sobie po prostu pomyśleć, nigdzie nie artykułując tego co mi się kłębi w głowie. Czasem nastawiam się na chłonięcie informacji w tym czasie, czasem po prostu wrzucam umysł na luz i daję mu chwilę oddechu, a czasem myślę o tym czego nie zamierzam wyrzucać w świat.

Jak było tym razem? Jak zwykle wziąłem z każdego po trosze. Chociaż główna przyczyna leżała w "chłonięciu". Chciałem jak najszybciej skończyć czytanie, a w zasadzie reading, "Lord of the Rings". Czytanie tak ogromnej powieści w oryginale wydawało mi się z początku karkołomnym wyzwaniem. Rzeczywiście z początku takie było. Myślałem, że mój english jest nieco better. Brnąłem przez pierwsze rozdziały z bólem, mając wrażenie, że nigdy nie skończę tego czytać. Pół biedy gdybym tylko czytał "na zrozumienie". Ja chciałem jeszcze uczyć się wszystkiego co nowe. I uczyłem się - coraz więcej i więcej. Z rozdziału na rozdział nowych słówek było coraz mniej. Zacząłem to czuć. Z męczarni, pomału, czytanie zmieniało się w delektowanie się powieścią taką jak ją autor stworzył. Satysfakcja? Ogromna. Dałem radę i mam ochotę na więcej, chociaż może dam sobie troszkę czasu na czymś w języku ojczystym ;).

Co poza tym przyniosło mi milczenie? Kilka nowych pomysłów, które być może kiedyś zaczną się tu pojawiać. Poza tym, przede wszystkim, troszkę sobie odpocząłem od tworzenia czegokolwiek, dzięki czemu mam większą ochotę pisać więcej. Zatamowałem troszkę wody, trzeba ją będzie z powrotem puścić do rzeki.

A mam już taką ochotę poleżeć wieczorem na trawie i popatrzeć się na czyste niebo pełne gwiazd... oczywiście milcząc.

wtorek, 15 stycznia 2013

Zalew

Kompletny przypadek, że odkryłem ten kawałek, chociaż 'Kandydatów na szaleńców' słuchałem już dawno temu. W końcu żeby powiedzieć, że zna się jakiś utwór trzeba go zrozumieć, a nie tylko kojarzyć melodyjkę i tytuł.

Zawsze uderza mnie determinacja i bezkompromisowość Tego Typa Mesa. Pewnie w dużej mierze dlatego, że mnie samemu brakuje często tych cech. Pracuję nad tym i dziękuję Piotrkowi, że inspiruje mnie do tego.

Jednak nie to jest główną myślą jaka wpadła mi do głowy podczas słuchania "Zalewu".

Odzyzkaliśmy wolność, my Polacy, ponad 20 lat temu. Dostaliśmy nieograniczone możliwości, z których wolność słowa wcale nie jest najważniejszą. Dostaliśmy możliwość kreowania swojego świata i zmieniania rzeczywistości na własną modłę. Tymczasem co robimy? Nic. Mówimy, że jesteśmy niezależni i pieprzymy system, bo chodzimy na piwo do parku i po czterech drzemy się, którego klubu nie lubimy. Kto teraz pisze wiersze czy chociaż je czyta? Kto czyta filozofów? Biblię? Kto słucha klasyki lub chociaż czegoś czego nie ma w Esce czy Empiku. Nie wykreujemy nic konstruktywnego, nie chłonąc nic konstruktywnego. Wolimy jednak przyjmować jak papkę to co nam serwują na tacy, mało kto zajrzy czy w kuchni szef nie da nam spróbować czegoś smaczniejszego...

Właśnie - kolejny zarzut - my. Grupa - kotletowa panierka, jak to określił Mes. W grupie wszyscy jesteśmy mądrzy, błyskotliwi i odważni. Nie zauważamy, że równamy w dół, do najsłabszej jednostki w towarzystwie. Brzmi troszkę jak Nietsche, ale taka jest prawda. Choćby najbardziej inteligentna osoba, w tłumie jest w stanie działać maksymalnie irracjonalnie. Wiem, bo sam tak robiłem. Zamiast pisać, nawet grafomańsko - pseudofilozoficznie, pewnie spałbym już dawno znieczulony kilkoma Harnasiami z puszki. Chociaż budzi to niedowierzanie wielu osób, które znają mnie tylko powierzchownie, wolę siedzieć sam czy we dwójkę, ale ambitnie, niż otępiać się w grupie.

Nie zamierzam robić z siebie ideału, ciągle zbyt często odwracam wzrok i sznuruję sobie usta wtedy kiedy trzeba patrzeć i krzyczeć. Dałem przez długi czas oklejać się błotem, wyjście z tej skorupy troszkę mi zajmie. Jestem z siebie zadowolony, że przynajmniej mam tego świadomość. Podejmuję rękawicę.

Nie zamierzam wpisać się w filozofię pokolenia "nic się nie stało". Nie zamierzam dać się zalać, chociaż wody tu już miejscami ponad szyję.

niedziela, 13 stycznia 2013

Dzień w którym zatrzymała się Ziemia

"Stań na momencik, poczuj Ziemia się kręci wokół własnej osi, wokół Gwiazdy pędzi"

W zasadzie mógłbym zacytować każdy wers tego utworu autorstwa DonGURALesko i o każdym mógłbym napisać coś, mniej lub bardziej, związanego z moim dzisiejszym wywodem. Jednak na początek chciałbym żebyśmy się na chwilkę zatrzymali.

Gdyby podsumować dzisiejsze czasy zatrzymać się nie mamy kiedy, ciągle gdzieś musimy (dokąd?) pędzić. Paradoksalnie, chcąc pędzić jak najszybciej stajemy w miejscu, pakując się w długie sznury metalowych puszek, ale to temat na inny wywód. Stanąć tak, żeby dać sobie chwilę na refleksję i poczuć tę pędzącą wokół Gwiazdy Ziemię nie mamy. Kolejny paradoks - żeby się zatrzymać wcale nie musimy stać. Możemy spacerować, biec, jechać rowerem czy pociągiem. Nie na tym polega zabawa, żeby zatrzymać się fizycznie, chociaż osobiście polecam również takie rozwiązanie.

Zatrzymajmy czasem nasze umysły. Dajmy im odpocząć. Nawet najlepszy silnik ciągle pracujący w końcu stanie z przegrzania albo coś się w nim zepsuje. Umysł człowieka jest potężny i bardzo wytrzymały na popsucie, jednak nie jest idealny. Dajmy mu czasem wyjechać, na krótkie chociaż, wakacje.

Dajmy mu wrócić do miejsca, z którego pochodzi. Do Ziemi, do Nieba, do Gwiazd, do Drzew, do Natury. Nie dajmy sobie wmówić, że coś co zostało sztucznie wykreowane zastąpi to czego jesteśmy największą częścią. Nie odetniemy się od tego, chociaż usilnie się staramy (nazywamy to cywilizacją). Prędzej, ku czemu nieświadomie pędzimy, to w końcu odetnie nas od siebie. Równowaga zawsze, zawsze musi zostać zachowana.

Do czego dążę? Do tego dnia, w którym Ziemia w końcu się zatrzyma. Obawiam się, że wielu z nas będzie tego dnia pędzić tak szybko, że odlecą gdzieś w nieznaną przestrzeń, nawet nie zauważając, że brakuje im gruntu pod nogami. Śmieszne, jak w kreskówkach.

Oczywiście przekolorowałem to, całkiem świadomie zresztą. Nauczmy się jednak zatrzymywać i obserwować, chyba, że chcemy dać się zaskoczyć, kiedy nie będziemy tego chcieli.

Innego końca świata nie będzie.

środa, 9 stycznia 2013

Nie ma skróconych dróg

Szlag by to trafił miało być optymistycznie dzisiaj, ale mi się pokarapaćkało w głowie i nie będzie. Reklamacje kierować do mnie - i tak nie uwzględniam, bo nikt mi nie przyniesie paragonu z moim nazwiskiem. Jeszcze ;).

Czasem trzeba po prostu stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie - dajesz ciała. Nie robisz tego co powinieneś, zazwyczaj robiąc wszystko inne żeby przypudrować syfa. To się tak zbiera i zbiera i zbiera, aż w końcu czujesz, że jednak coś uwiera tu i ówdzie. Szukasz, kombinujesz, myślisz dużo, ale mało efektywnie.

Metoda? Przyjąć plombę prosto w zęby. Można się wywrócić, bo ślisko, więc radzę uważać. W każdym razie ja dzisiaj taką plombę dostałem. W środku moich niezbyt konstruktywnych, ale długotrwałych rozważań, zaatakował mnie Eldo. Wystarczyło kilka pierwszych wersów klasyka, a zrozumiałem to czego szukałem od dawna.

"Nie musisz mówić mi, że jest ci ciężko, co z tego, nie masz nic, nic nie robisz i nie zmieniasz niczego."

To boli, ale taka jest prawda. Uwikłany w swoje własne idealizmy, połączone ze strachem i brakiem wiary w siebie stanąłem w miejscu. Chociaż nie, bardziej pasuje tu określenie - zacząłem dreptać w kółko. Nie mam pracy i w tym jest sęk. Chciałbym dużo, ale nie zmieniając obecnego stanu, a tak się nie da. Potrzeba kasy to raz, a dwa - ile można siedzieć w domu i gapić się na zmianę w monitor, telewizor i karteczki ze słówkami. Raz na jakiś czas pewnie, że to jest fajne. Jednak to powinien być dodatek, coś co jest poza solą dnia. Poza tym głównym obowiązkiem - w tym przypadku pracą.

Tak, wiem, marzę o czymś swoim. Jednak zanim to nastąpi to jeszcze troszkę minie. Co przez ten czas? Wegetacja jak teraz? Damn, muszę znaleźć pracę, już abstrahując od tego, że mam swoje cele na które potrzebuję grosza. Po prostu muszę z nudów, dla siebie. Żeby znów docenić wolne chwile, wykorzystywać je na maksa.

Koniec marudzenia, tym razem w żaden sposób nie pójdę na skróty. Tylko do przodu - póki co główną drogą, nawet jeśli się okaże kręta i niewygodna. Odbić na bok zawsze zdążę, w końcu to na pewno nastąpi.

Heh, zabawne, że piszę to ja. Trzeba trochę potrenować, żeby przebiec maraton.

Dzięki Leszku - bolało, ale miało boleć. Siniak będzie i niech będzie. Niech przypomina.

Wkrótce się zagoi, a wtedy już nie będzie powodu dostawać w twarz, dla otrzeźwienia.

niedziela, 6 stycznia 2013

Mistrzostwo

Mało znany kawałek mało znanego PMM ze Szczecina. Jednak w dzisiejszy dzień wkomponowuje się idealnie.

Dzisiejszy dzień to kwintesencja sukcesu dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji. Dlaczego? Po pierwsze, dzisiaj zadebiutowałem w zawodach biegowych. Szczegóły do podpatrzenia na Nie znam się na sporcie. Tu od nieco innej strony. W końcu, czy w ogóle wystartowałbym dzisiaj, już nie mówię o zajętym miejscu i moim czasie, gdyby nie ciężka praca i konsekwencja? Taki jest urok treningu. Często mi się nie chce, często robię bo muszę. Jednak kiedy przychodzi taki dzień jak dzisiaj, dla mnie pierwszy w "karierze", okazuje się, że warto. Dla tej radości, satysfakcji z wbiegania na metę. Satysfakcji, że dało się radę i osiągnęło swoje zamierzenie. O to chodzi w życiu, na tym polega prawdziwe szczęście, jeśli miałbym się odnosić do szerszych haseł.

Dlatego szczęśliwa może być także nasza nr 1. Nasza Jedyneczka i Jedynaczka. Znów kwintesencja pracy i ciężkiego treningu. Żeby stać się mistrzem nie wystarczy mieć talent i możliwości. Trzeba nauczyć się jedno i drugie odpowiednio wykorzystywać. Nikt nie dojdzie na szczyt bez ciężkiej pracy, choćby był kopalnią talentu. Każdy diament żeby stał się brylantem trzeba najpierw oszlifować.

Mam także satysfakcję ze swoich umiejętności językowych. Mogłoby być lepiej, pewnie. Czasem olewam naukę słówek albo odrabiam pracę domową na kolanie. Mimo to, po kilku miesiącach umiem na tyle fajnie mówić po hiszpańsku, że mogę sobie pozwolić na kombinowanie kiedy czegoś nie wiem. Tak samo jak w pewnym momencie z angielskim - największą radość sprawiło mi to, że w końcu umiem na tyle dobrze ten język, że mogę bawić się słowami i żartować w obcym języku. Dlatego uwielbiam uczyć się języków obcych.

Czy kiedyś będę takim prawdziwym Mistrzem, przez duże M? Wątpię. Nie lubię poświęcać się czemuś w 100%, wolę kilka rzeczy po trochu. Dlatego też w niczym się specjalnie nie specjalizuję, nie interesuje mnie "coś", mnie interesuje wszystko. Co nie zmienia faktu, że zamierzać być mistrzem, przez małe m. Takim dla siebie, osiągającym własne cele. Wygrywającym ze sobą, bo to jest najlepszy przeciwnik jakiego możemy pokonać.

piątek, 4 stycznia 2013

Mam taką twarz...

Trochę mnie tu nie było, nawet podjąłem decyzję żeby tu nie wracać, skupić się na sportowej stronie mojej twórczości. Od czego są decyzje, jak nie od tego żeby je zmieniać. Zamierzam wrócić ze zdwojoną mocą, starą koncepcją, którą w końcu wykorzystam i z regularnym pisaniem (nie rzadziej niż co 2 dni!). Będzie się w razie czego z czego tłumaczyć :).

Ostatni czas to czas najbardziej przełomowy od bardzo dawna. Chociaż paradoksalnie nie dzieje się dużo więcej niż wcześniej to jednak...

Otwieram się. Na ludzi. Na ich życiorysy, historie, co mają do powiedzenia, co chcą usłyszeć ode mnie. Koniec z introweryzmem, za dużą satysfakcję daje mi ciekawa rozmowa.

Dlatego ostatnio na topie Emil Blef. Jego singiel (chyba jedyny? nie wiem nie sprawdzałem) to trafienie w obecnego mnie dokładnie tam gdzie trzeba. Chcę słuchać historii, opowieści, bajek, kłamstw, rad, wszystkiego. Mówiąc metaforycznie wchodzę do karczmy i nasłuchuję opowieści słyszanych niedaleko baru. Czasem wtrącę coś od siebie, czasem nawet sam poprowadzę narrację, a czasem po prostu zamienię się w parę słuchających uszu.

Słucham wszystkich, bo nawet głupiec ma swoją opowieść.

Ludzie są wspaniali. Potrzebują jedynie żeby ich wysłuchać i zrozumieć. W zamian oddają dużo mądrości, zaufania, radości, z czasem miłości. Jednak trzeba umieć wydobyć to wszystko z siebie, tylko wtedy otrzymamy to zwrotnie.

Dlatego często dochodzi do konfliktów, do zamknięć, stąd mamy społeczeństwo zamknięte na zewnętrzne sprawy i problemy. Zapomnieliśmy jak się słucha. Zapomnieliśmy, żeby coś mieć musimy coś dać.

A pieniądze nie są i nigdy nie będą czymś.

piątek, 21 grudnia 2012

Niezrozumiały wybór

Dlaczego hip-hop? W zasadzie nie, z całej kultury już dawno został tylko rap i "5 element".

Jeszcze raz.

Dlaczego rap?

Jak to mówią "dobry chłopak z dobrego domu". Najbardziej by chyba pasowało, żebym słuchał rocka (tego z eski oczywiście). No bo zbyt inteligentny na jakieś popowo - elektroniczne łupanki, no ale nie przesadzajmy z klasyką. Jak znalazł dla klasy średniej - rock. Tymczasem nie, ja wybieram muzykę bloków, jointów, alkoholu, biedy i całej patologii. Ba, nawet niespecjalnie ukrywam się z tym wyborem. Wciągam szerokie spodnie, wrzucam luźną koszulkę, jeszcze te dziwne buty na centymetrowej podeszwie. Młodzieńcza zajawka.

Młodość, w sensie małoletności, dawno minęła, a rap został. Bliżej czy dalej, ale zawsze gdzieś był.

I dlaczego?

Bo to mój dom. Tu mam wszystko, czego tylko potrzebuję. Dużo czasu zajęło mi dojście do tego miejsca, ale dziś mogę śmiało powiedzieć, że jestem w stanie znaleźć utwór na dosłownie każdą okazję. Czy świeci słońce, czy leje deszcz, czy mam dobry humor, czy zły, czy chcę być z kimś, czy z Tobą - zawsze coś udałoby mi się wymyśleć. Muzyka, która trafia do mnie zawsze i wszędzie. Brzmienie, które obejmuje pełen wachlarz dźwięków, od granych na żywo gitarowych riffów, przez jazzowe wstawki, funkowe sample, aż po elektroniczne wynalazki. Wszystko uzupełnione słowem.

To słowo tu ma największe znaczenie. Tego szukam w muzyce. Nie co potrafisz zagrać, ale co masz mi do powiedzenia. Nie oznacza to, że nie cenię tworzących warstwę muzyczną, często potrafią tak podkręcić kawałek swoim arcydziełem, że... przestałem pisać bo zasłuchałem się w TYM instrumentalu. Jednak słowa potrafią porwać jeszcze bardziej. Nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to techniczne bragga czy proste gadanie jak w latach 90.

Nawijka jest szczera cytując Sobotę. O to chodzi. O szczerość. O bezpośredniość. O bezkompromisowość. Kiedy brak mi kogoś kto zmarł - piszę o tym. Kiedy dziewczyna wywija tyłkiem na imprezie i mnie to jara - piszę o tym. Kiedy jadę autem i zachwyca mnie moje miasto - piszę o tym. Nie ma tematu nie do poruszenia. Fakt, w polskim rapie od pewnego czasu brak świeżości, ale ciągle udaje się znaleźć perełki. Zresztą, od czego mamy oldschool? Tam jest wszystko co najszczersze, bo i czasy były inne.

Wielu zarzuca raperom prostotę przekazu.Właśnie taki jest sens. To "coś" w tekście ma trafić odbiorcę w serce jak kula z pistoletu. Nie ma miejsce na wybitną poezję, choć i w tę stronę można szukać rapu. Od poezji mamy poetów, od rapu raperów koniec kropka.

Kolejny raz sam się chyba zagmatwałem w koncepcji pisania posta. Chociaż w sumie, poniekąd, o to mi chodziło. Sam już nie wiem. Wiem, że gdyby nie rap, pewnie nigdy nie zacząłbym pisać czegokolwiek, czy byłoby to sensowne czy nie.

A nie chodzi tu o to jak oceni to odbiorca, chodzi o to żeby przekazać to co mnie leży na sercu. Muzyka egocentryków? Filozofia egocentryzmu? Tak, dokładnie tak.

Bo to ja żyję moim życiem, a nie ten kto mnie słucha, czyta czy ogląda. I taki jest właśnie rap. I za to go kocham.

Big up yo!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Dystrykt

Kolejna część sagi "Trzeci Wymiar" stała się faktem. Tym razem za sprawą Nulla i jego solówki. W przeciwieństwie do solówki Szada, nie czekałem na tę płytę z wielkim stężeniem emocji. Przyznam się szczerze, mimo wymiatających singli, nie miałem specjalnego ciśnienia, żeby w końcu dorwać się do całości. Chyba już jestem taki stary i marudny, że nie jestem w stanie się zebrać do porządnego zajarania się płytą przed premierą.

Co nie zmienia faktu, że standardowo zamówiłem płytę w preorderze. Przy okazji mogę napisać o najlepszym patencie polskiego rapu ever, wprowadzonym przez 3W. Podpisywanie płyt - proste, a genialne. Nie należę do łowców autografów, ale fajnie mieć jakiś znak, że autor płytę którą trzymam w rękach nie tylko wysłał do firmy, a potem zaniósł na pocztę i miał gdzieś. Znalazł chociaż sekundę na jej podpisanie. Wielkie dzięki za to!

Wrzuciłem płytę na nośnik i... nie zawiodłem się, ale póki co powalony na kolana nie jestem. Dostałem to czego się spodziewałem, na bardzo wysokim poziomie, ale, cóż, ciężko będzie chłopakom przeskoczyć dotychczasowe dokonania i zaskoczyć wytrawnego słuchacza. Płyta wpisuje się w tę samą konwencję co solo Szada (i pewnie przyszłe solo Porka, obym się mylił ;)). Widać, chęć "wyrwania się" z grania w zespole i nagrania czegoś swojego, bardziej osobistego. Patrząc bardzo ogólnie - brudne flow Nulla wpisane w bardziej osobiste tematy i w sumie tylko, a jednocześnie aż tyle.

Czy coś mi się wyjątkowo nie spodobało? Na chwilę obecną nie i raczej się to nie zdarzy, nie ten poziom. Natomiast co mnie urzekło - dużo osiedlowego klimatu, co zresztą wynika z ogólnej koncepcji płyty. Trochę mi tego brakowało na ostatnich płytach 3W i fajnie, że tutaj jest to spowrotem. Uwielbiam tę ciężką wałbrzyską narrację, oprowadzającą po poniemieckich kamienicach i wielkopłytowych blokowiskach. Podobają mi się też kawałki punkowo - rapowe. Ciekawe ilu to zrozumie, a ilu powie, że to już nie ten sam Nullo?

W głowie utkiwło mi jeszcze "Chyba ją znam" i "Epitafium", w resztę pewnie muszę się bardziej wgryźć. Generalnie kolejna mocna pozycja, podejrzewam, że na biało - pomarańczowo - czarną pogodę będzie mocno walczyć z Szadem, Pjusem i Zeusem i nie jest na straconej pozycji.

czwartek, 13 grudnia 2012

Zima porą fantasy

Fanem literatury oraz wszelakich gier komputerowych jestem cały rok. Moja cząstka geeka pozostaje aktywna niezależnie od sezonu. Jednak co by nie mówić, na zimę człowieka jakoś tak bardziej nachodzi faza na gry i książki fantasy.

No bo cóż kojarzy się bardziej z mrocznym klimatem jakiegoś dobrego erpega, albo fajnej powieści niż łyse drzewa w parku, a pośród nich ogromne pokłady nietkniętego śniegu? I tylko ja, bohater, mimo życiowych trudności, ogromnej ilości wypitego grzanego wina i piwa z dwulitrowego kufla i niesprzyjającej aury brnę dalej przed siebie aby wykonać swoją misję. Muszę przekroczyć niejeden wygwizdów (chodniki nie otoczone drzewami), uważać na niebezpieczne stwory (psy wyprowadzane na spacer) i groźnych ludzi, gotowych zabić dla tego co mam ze sobą ("masz może ognia?").

Po takich przygodach nie pozostaje nic innego jak wrócić do domu i zająć się jakąś porządną lekturą. W zeszłym roku katowałem Grę o tron, w tym zabieram się jak pies do jeża do Lord of the Rings. Tak właśnie tak, będę czytać w orginale. Może za dwie zimy skończę ;). Jeśli chodzi o gry - co mi tylko kod na myszkę naniesie - od Heroesów (katuję co rok), przed Neverwintery, a jak mnie najdzie na sentymenty to i Baldury czy inne Icewindy. Sama klasyka ;).

Więc zanim śniegi się roztopią, śmiertelny chłód opuści nasz biedny kraj, zanim drzewa na powrót zakwitną wiosenną barwą, niechaj trwa królestwo fantasy!

I nikt mi nie wmówi, że premiera Hobbita odbywa się akurat teraz, zupełnym przypadkiem ;).

wtorek, 11 grudnia 2012

Renifery

Dzisiaj będzie dużo bardziej refleksyjnie, pompatycznie i nieco trywialnie. Trudno.

Ostatnie dni, jak już wyściubiam nos z domu, cechują się dużym stężeniem pieszych wędrówek. W celach mniej lub bardziej istotnych, tak czy siak okazja do refleksji dość spora. Szczególnie, że ulice raczej pustoszeją na zimę, o czym zresztą pisałem ostatnio. I tak sobie meandrując po różnych zagadnieniach wszechrzeczy pomyślałem sobie o Świętach. Nie wiedzieć czemu przeniosłem się myślami gdzieś w północną Skandynawię i pomyślałem o... reniferach. Widok blokowiska zmienił mi się w pusty kawałek pola, poprzecinanego sporymi kępami drzew, pomiędzy którymi przemykają te zwierzęta. W środku tego mroźnego i niezbyt przyjaznego środowiska ja. No właśnie, sam ja.

Zbliżają się Święta i ilu z nas spędzi je samotnie? Z wyboru, z przymusu, albo w sztucznym tłumie gdzieś w pracy. Mnie to prowadzi do refleksji - dokąd prowadzi nas ta cała cywilizacja?

Tak, to fakt, sam piszę przez internet swoje filozofie, słuchając muzyki z formatu mp3. Nie da się tego uniknąć, chociaż są to rzeczy, które oddałbym bez większego zastanowienia. Pofilozować mógłbym z bliźnimi przy kolacji w domu, czy w jakiejś knajpce (karczmie, kawiarence, whatever), pewnie doprowadziłoby to do ciekawszych wniosków, niż moje solowe popisy do klawiatury. Muzykę zagrałby ktoś mniej lub bardziej utalentowany, śpiewalibyśmy pewnie wszyscy, nawet jakby było nas dwoje.

Gdzie dzisiaj na to miejsce? Święta sprowadzają się do poudawania, że jest nam fajnie tu być (wolelibyśmy zmienić status na facebooku), smakuje nam jedzenie (karpia zamienię na wędzonego łososia, a kompot z suszu na colę, pilne) i śmieszą nas żarty wujka (nie brzmią jak memy. Potem chwila sztucznej radości z prezentów, które sami sobie kupiliśmy, żeby były trafione i szybko do domu. Koniec.

 Strasznie mierzi mnie ten postęp, cała ta cywilizacja. Zabijanie tradycji, uniwersalizacja, globalna wioska. Czy jesteś z USA, RPA czy środkowej Syberii masz obchodzić Święta tak samo. Inaczej nie wypada.

Mam ochotę cofnąć się o sto czy dwieście, czy nawet trzysta lat i potraktować Święta jak ten okres, kiedy rodzina jest cała, razem. Nie dlatego, bo Jezus się urodził, tu nie o to chodzi. Chodzi o to, że to jest ten najciemniejszy okres w roku, kiedy po prostu boimy się być samemu. Dlatego zbieramy się razem pod koniec grudnia. I nikt mi nie wmówi, że robimy to, żeby dać sobie po prezencie i pójść do domu.

Mnie jest naprawdę fajnie móc pochwalić się tym, że w zeszłym roku śpiewaliśmy sobie w Wigilię kolędy. Ba, przelecieliśmy wszystkie, więc śpiewaliśmy dalej co nam ślina na język przyniosła. Czterech pancernych też nam się udało. Raz do roku sobie śpiewamy i to jest ta cała magia. Bo, parafrazując nieco Biblię, nie człowiek jest dla święta, ale święto jest dla człowieka.

Tylko od nas zależy czy między 24, a 26 grudnia będziemy za oknem widzieć nie mające gdzie zaparkować auta, czy biegające renifery.

piątek, 7 grudnia 2012

Biało - pomarańczowo - czarno

Nie, nie chodzi o barwy mojej ulubionej drużyny piłkarskiej. Nie są to nawet barwy mojej nieulubionej drużyny. Nie są to nawet barwy, które lubię.

To są barwy zimy. Miejskiej zimy. Takiej gdzie kiedy spadnie śnieg robi się jaśniej, a jednocześnie pomarańczowiej. Bo o ile na codzień pomarańcz latarni jest dostrzegalny, to biały śnieg odbijający kolor tychże dominuje za oknem. A czarno dlatego, że ciężko bezrobotnemu i bezstudenckiemu człowiekowi wstać zimą o takiej godzinie, żeby było jasno dłużej niż 3-4 godzinki ;).

Oj lubię spacerki tą porą. Kolory i widoczki są wyjątkowe, szczególnie kiedy mróz powoduje, że śnieg tak magicznie się mieni. Brzmi to strasznie dziecinnie i trywialnie, ale, gaddemyt, komu się to nie podoba? Do tego wszystko pustoszeje. Aut nie ma, bo strach jeździć w taką pogodę, z domu tez nie ma co wyściubiać nosa, w końcu można tylko zmarznąć i złapać jakieś choróbsko (uwielbiam ten tok myślenia, szczególnie, że zazwyczaj jest na odwrót ;)). Pusto! Wczorajsze bieganie na pewno nie byłoby tak przyjemne, gdyby nie to, że oprócz innych biegających spotkałem może ze dwie osoby. Cisza i święty spokój!

Właśnie, swoją drogą śnieg fajnie tłumi dźwięki, lubię to otępiałe "udźwiękowienie" zimy.

No i najwyższa pora na moje biało - pomarańczowo - czarne płyty! Zawsze się zastanawiałem się czy tylko ja tak mam, że płytom czy piosenkom przypisuje jakieś tam kolory? Często kolory te czerpę z okładek płyt, czy z tonacji kolorowej teledysków. Czasem jest tak, że po prostu jakiś kolor mi pasuje pod daną muzykę i tak zostaje.

I właśnie teraz dominuje muzyka w tych trzech tytułowych kolorach. Jest to baaaardzo ceniona przeze mnie trójca. Na pewno spory udział w tym, że kojarzą mi się z zimą ma fakt, że wszystkie ukazały się w tej porze roku, ale ich klimat też jakoś tak kojarzy mi się z zimą.

Co to za płyty? Po pierwsze "Life after deaf" Pjusa. Wyjątkowa, bo jakże nie mogłaby być wyjątkowa, skoro nagrana została przez osobę nie słyszącą w naturalny sposób? Ciężka w brzmieniu i przekazie, ale jednocześnie bardzo bezpośrednia i prosta. Zupełnie jak zimowy wieczorny spacer. Jest ci zimno, ciemno, często także mokro, a jednak decydujesz się wyjść z domu. Nie kombinujesz w jakieś wybujałe trasy, idziesz najprostszą możliwą, byle się przejść i wrócić spowrotem do ciepła. Nie jest lekko, ale po wszystkim masz satysfakcję, z tego, że wyszedłeś poza schemat tkwicia w domu. Dokładnie takie odczucia mam z tą płytą. Do tego ten genialny "Dinozaur" na magicznym bicie. Jeszcze wrócę do tego kawałka niejednokrotnie tej zimy ;).

Drugi album to... Album. Zeusa ;). Jak już dało się zaobserwować wcześniej jest to jeden z moich ulubionych artystów. Z 3 płyt, które wydał do tej pory ta jako jedyna kojarzy mi się z zimą, chociaż ma bardzo ciepły funkowo - energetyczny klimat. Chyba właśnie ten efekt rozgrzewania jest tutaj najistotniejszy. Nie jest to wakacyjna bomba energii czy jakiś ciężki, miażdżący brzmieniem klimat, tylko właśnie takie delikatne granie, w sam raz na wyleczenie lekkiej zimowej chandry. Taka płyta na przeczekanie do wiosny i puszczenie na fulla przez okno "Jestem Tu" :).

No i numero tres. Szad "21 gramów". Tu już typowo ciężki zimowy klimat. Kolorystyka okładki i samej płyty cały czas kojarzą mi się właśnie z brudnym zimowym śniegiem. Lepszej płyty na posłuchanie do zatłoczonego autobusu, pełnego ludzi nie ma. Ale tylko zimą, kiedy jest ciemno, w innym przypadku nie da się tak w pełni czuć tego klimatu brudnego, niebezpiecznego miasta, żyjącego drugim mniej przyjemnym niż to codzienne życiem. Do tego genialne ciężkie bragga, dające siłę na brnięcie w tym pieprzonym śniegu po kostki. Poza tym strasznie lubię słuchać tej płyty podczas długich wieczornych rozgrywek w jakiegoś fajnego rpga w sobotni, zimowy wieczór ;).

Oj, rozpisałem się! Jak tak dalej pójdzie to za dwa dni nie będę miał o czym pisać, bo wyłożę wszystkie karty na stół. Ale cóż, tak to u mnie bywa - albo nic, a jak już coś to tyle, że nie da się ogarnąć ;).

czwartek, 6 grudnia 2012

Nowa filozofia

Ja to jestem jednak kozak. Nie zacząłem jeszcze pisać bloga, a już zmieniam jego koncepcję! Zna ktoś drugiego przekota? Wątpię!

Nie no aż takim dzikiem chyba jednak nie jestem. Po prostu dzisiaj sobie uświadomiłem, że tworząc Filozuja z góry wyszedłem z założenia, że umieszczał tu będę posty tylko wtedy kiedy będę miał sentymentalny, pełen filozoficznych dywagacji nastrój. Niewątpliwie duża część postów będzie w tym klimacie, gdyż takowy już jestem, że czasem filozuję po meandrach wszechrzeczy, inaczej nie wymyśliłbym tak chwytliwego tytułu.

Uświadomiłem sobie jednak, że filozuj to nie tylko poważne dywagacje o sensie istnienia. To także życie. To także zabawne sytuacje z codzienności, a także konteplacje na temat szarej i irytującej codzienności. Filozujący światopogląd nie może być ograniczony tylko do jednej grupy filozowań. Strasznie to zawiłe, ale ważne, że ja wiem o co chodzi.

Poza tym postanowiłem wrócić do pewnej koncepcji bloga, na jaką wpadłem sto lat temu, ale oczywiście zabrakło mi samozaparcia, żeby przekroczyć magiczną liczbę postów równą jeden. Co to za koncepcja? Pozwolę sobie zaaplikować ją w moje posty bez informowania kiedy to nastąpiło, jednak zapewne już następny post będzie utrzymany w tej konwencji. Nie oznacza to oczywiście, że będę się trzymał tylko jej. W końcu filozujący światopogląd nie może być ograniczony tylko do jednej grupy filozowań!

Może jutro napiszę w końcu coś konkretnego, chyba, że mnie znowu natchnie i znów będę się tłumaczył dlaczego jest jak jest czyli w zasadzie to nie jest wcale ;).

środa, 5 grudnia 2012

Jak zwykle...

Ja to jak zwykle. Postanowię sobie coś, a potem "aaaa nie chce mi się, aaaa nie mam czasu, aaaa nie pamiętam" i tak zlatuje. Nie ma to tamto, trzeba po równo kochać oba blogi, jak się chciało pisać dwa!

Problem w tym, że nie bardzo mam o czym tu pisać póki co. Jakiś taki wyprany z emocji i przemyśleń jestem ;). No może poza tym, że słuchając płyty, którą zdążyłem tu zrecenzować, przypomniałem sobie o postanowieniach podjętych jakiś czas temu. Łatwo się zapomina, oj za łatwo...

Tak czy siak - cieszę się, że chociaż część planów udaje się realizować zgodnie z założeniami. Pomału, kroczek po kroczku będziemy szli dalej. Cieszę się, że coraz bardziej do mnie dociera, że nie można mieć wszystkiego, a na pewno nie już, od zaraz. Kolejna lekcja pokory i cierpliwości, chociaż dla takiego narwańca jak ja to powinno się takie lekcje urządzać co drugi dzień ;).

Ważne, że dobre przeczucia się spełniają. Oby w końcu wszystko wskoczyło na ten tor, na którym miało się znaleźć od początku! Czasem trzeba troszkę namieszać sobie w głowie i w życiu, żeby potem wyciągnąć z kociołka co trzeba i śmigać dalej z bagażem fajnych doświadczeń!

Wpis kontrolny, w celu utrzymania ciągłości istnienia bloga uważam za dokonany. Weź się człecze, weź za siebie, bo jak coś sobie postanawiasz to nie ma że boli!

poniedziałek, 26 listopada 2012

...nie żyje

(polecam przeczytanie najpierw poprzedniego posta)

Jest jesień 2012. Nie jest fajnie. To znaczy, bywało gorzej, ale to ciągle nie to, czego szukam od 2010. Od momentu kiedy zdołałem wdrapac się na sam szczyt, a następnie spaśc z ogromnym bólem na twarde dno. Dorosłośc dała o sobie znac tak jakby za wcześnie. Przemijanie dało o sobie znac dużo za wcześnie, kopiąc mnie po głowie pod postacią depresji.

Ciężko wypełzac z dna najciemniejszej jaskini, ale podjąłęm się tego zadania. Kroczek po kroczku robiło mi się coraz lepiej. Pewnie, że czasami zdarzało się poślizgnąc na błocie, albo potknąc na rzucanej przez kogoś pod moje nogi kłodzie. Wybijałem sobie zęby, ścierałem łokcie i kolana, w końcu doszedłem miejsca, gdzie poczułem się pewnie. Uznałem, że jestem na tyle mocny, że zamiast pomału dreptac mogę od razu skakac ogromnymi susami przed siebie.

Załatwiłem to co do mnie należało i skoczyłem. Daleko, dużo dalej niż powinienem na samym początku. Początkowo lot był przyjemny. Trzeba jednak umiec rozróżnic przyjemny lot od lecenia pionowo w dół. Pieniądze szybko się kończyły, a perspektywy nie zmieniały się ani o centymetr. W końcu, zanim znów spadłem na samo dno otworzyłem spadochron. Posypałem głowę popiołem.

Postanowiłem zrobic TU to czego nie udało się osiągnąc TAM. Nie liczyła się metoda, cel uświęcał środki. Okazało się, że nie uświęca. Tym razem do dołu przyciskał mnie ogromny głaz, zobowiązań, postanowień i wątpliwości. Nie mające gdzie uciec przygniatały mnie coraz bardziej do dna.

W końcu pękłem. Nie po to wdrapywałem się tak wysoko, żeby dac się przygnieśc czemuś, co nic mi nie przyniesie. Nawet gdybym nauczył się dźwigac takie ciężary.

Znów pojawiła się pustka. Czułem się jak mały chłoptaś, zostawiony na ogromnym pustym polu. Z jednej strony szczęśliwy z nieograniczonej wolności. Z drugiej przerażony, faktem iż nie wie w którą stronę iśc.

I wtedy dowiedziałem się, że Nie żyje. Ten sam, który wcześniej Nie miał sobie równych.

Wydał czwartą płytę. Dwie poprzednie trzymały poziom, ale nie było to to samo co pierwsza. Dlatego do tej podchodziłem z dużą rezerwą.

Chociaż ciężko było trzymac dystans słuchając "Znasz mnie". Kwintesencja idealnego singla - intra. Słysząc ten "Pierwszy Milion" na końcu mam ciarki. Jednak dalsze opinie postanowiłem wydawac dopiero po usłyszeniu całości.

Dobrze jest miec oryginalne płyty. Kiedy w końcu dostałem wyczekany krążek, postanowiłem najpierw przeczytac to co jest napisane we wkładce. Szczerze mówiąc gdyby nie ta lektura pewnie kompletnie inaczej podszedłbym do tej płyty. Dlaczego? Pozwolę sobie uargumentowac na końcu tej, nazwijmy to, recenzji.

Odpowiednio nastawiony wcisnąłem play. Znów ciarki przy "Znasz mnie". A dalej? Petarda. Sto petard. Kilka dobrych ton pieprzonego trotylu.

Jakie on osiągnął brzmienie! I te elektroniczne bity, dla mnie kwintesencja dobrego syntetycznego brzmienia. Na tym to powinno polegac! W warstwie muzycznej totalna miazga, ale ale...

...liczy się liryka. Hipotermia, Świt. Nie wiem czy kiedykolwiek słyszałem szczersze utwory. Dotykające tych miejsc naszej jaźni, które chcemy najgłębiej schowac, wyznania człwowiek z depresją. Dla mnie tym bliższe, iż sam przechodziłem przez to samo. Symfonia smaków też rozsadza psychikę szczerością. Jeśli Twój ulubiony raper mówi, że nawija szczerze, sprawdź najpierw te trzy kawałki i porównaj. Nieco mniej bezpośrednie, ale równie ciężkie Mr. Underground, Śnieg i lód, Lekcja patriotyzmu, Kobiety swoich mężczyzn, Strumień (na genialnym, najlepszym na płycie bicie!) poddają pod zastanowienie obecny stan naszego społeczeństwa. Mnie podczas słuchania tych kawałków w głowie pulsuje tylko pytanie "co my tu w ogóle robimy?". Pięknie podsumował Zeus dzisiejszą publikę net-rapową w ODP. Dalej osobiste Muzyka, miłośc, przyjaźń, Obcy sufit i Tony Halik, z których moim faworytem jest szczególnie ten pierwszy.

Na tym w zasadzie mogłyby się skończyc tematy kawałków z tej płyty. Dostalibyśmy pewnie podany na bardzo energetycznych bitach dziennik wściekłego na rzeczywistośc gościa w trakcie lub po depresji. Jednak pozostałe dwa kawałki z tej płyty spinają ją w uderzającą życiowością całośc. Po kompletnym dnie, brudzie i furii przebijają się (nomen omen) promienie nadziei. Słońce i Gwiazdy dają tak niewyobrażalnego kopa po wcześniejszej traumie, że mnie stawia na nogi jak wtedy, w 2008. Udaje się osiągnąc katharsis.

Ja osobiście podziwiam Zeusa, za odwagę, szczerośc i umiejętnośc przekazania kosmicznych ilości energii. Mnie najbardziej jara fakt, że Nie żyje, nie jest zmyślnie przemyślanym tworem, mającym odpowiednio, przez kontrasty, działac na psychikę. Jest całkowicie szczerym zapisem tego co siedziało w głowie autora.

Skąd to wiem? Po pierwsze - czuc to w głosie, w liryce całej płyty. Nie wiem czy dałoby się oszukac tak ogromną ilośc skrajnych uczuc, tak bliskich ludziom z depresją. Po drugie - bo czytałem wkładkę płyty. To co działo się z Kamilem podczas tworzenia płyty opisał Joteste, druga częśc Pierwszego Miliona. Opis jest równie szczery, co płyta, podszyty jeszcze dystansem kogoś kto patrzy na bliską osobę, czuje co się dzieje, ale nie zna jej myśli.

W ogóle, ja czuję jakby to nie była płyta Zeusa, a całego duetu. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że gdyby nie Joteste, ta płyta mogłaby w ogóle nie powstac, a na pewno nie w takiej formie.

Więc dla obu Panów - gratulacje!

PIERWSZY MILION!

Ten co nie ma sobie równych...

Jest jesień 2008 roku. Jestem totalnie zagubiony. Zacząłem klasę maturalną, zdążyłem usłyszec kilka dołujących zdań dotyczących mojej przyszłości, dostawałem kolejne plomby w twarz od osób, które były dla mnie bardzo bliskie. Do tego ten stan trwa w zasadzie od ponad roku, pomału zaczynam miec dosyc czegokolwiek dookoła. Chlanie w opór też raczej nie poprawia mojego samopoczucia, chociaż bardzo bym chciał żeby było inaczej. Jedynym co przytrzymuje mnie przy życiu jest rap. Podpięty do słuchawek jak do kroplówki, w zasadzie nie istnieje dla mnie świat, poza tym co brzmi w moich słuchawkach.

Któregoś dnia sprawdzam rapowe "świeżynki" do przesłuchania. Nowy singiel Zeusa. Nie mam zbyt dużego pojęcia kto to jest, poza tym, że to znajomy OSTRa z Teofki i razem mieli kawałek o tym, że zagłuszą Łódź. Odpalam "Jeszcze więcej". Wow, ale buja! Ma chłopak power, ciekawe, ciekawe, sprawdzimy co tam dalej zmontuje.

Nie był to czas kiedy fajnie zapowiadające się płyty kupowałem, toteż tuż po premierze "Co nie ma sobie równych" ląduje na moim dysku ze sklepu peb.pl. Pamiętam, że jest niedziela rano. Akurat mam chwilkę, przesłuchamy. Odpalam.

Petarda. Przy pierwszym przesłuchaniu siedziałem jak zaczarowany. Przy drugim latałem jak wariat po pokoju. Była to jedyna płyta, którą po pierwszym przesłuchaniu katowałem na repeacie przez cały dzień. Nigdy wcześniej i nigdy później nie zdarzyło mi się coś takiego.

Ta petarda, którą odpalił Zeus, była tym czego potrzebowałem. Można w to wierzyc, albo i nie, ale ta płyta zmieniła moje życie. Przewartościowałem priorytety, otworzyłem się, wrzuciłem na kompletny luz. Fajnie było słyszec później "dobrze, że ci się wtedy przestawiło, byłeś wcześniej nie do zniesienia, wróciłeś w końcu do nas!". Stałem się jednym z tych, którzy nie mają sobie równych.

A do dzisiaj nie znam nic lepszego na doładowanie niż "Jestem tu" ;).

Cdn.